Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 725 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

LARWY CZY DŻDŻOWNICE

niedziela, 28 czerwca 2015 2:50

Zimowa  sobota 2015r. Wyruszyłam z Przytulanką na zakupy. Po drodze opowiedziałam wnusi o kłopotach jakie miał krasnoludek w zielonej czapeczce.

…to naprawdę zabrakło mu drewna do opalania domku? Przecież jest zimno i krasnoludek zmarznie...  martwiła się Przytulanka. 

…nie zmarznie, bo zaniosłam mu trochę patyczków z mojej kotłowni… pocieszałam moje maleństwo.  Wnusia przystanęła.

…co się stało?.. zapytałam zdziwiona.

…myślę  babciu, że ten krasnoludek to ma szczęście. Jak to dobrze, że zamieszkał w twoim ogrodzie. Opiekujesz się nim i pomagasz mu gdy tego potrzebuje. A potem o wszystkich przygodach opowiadasz swojej wnusi. Czyli mnie…   

Roześmiałam się. Wiem, że cieszą ją dwie sprawy. Po pierwsze – że mam w ogrodzie niezwykłego lokatora. A po drugie – każdego wieczoru przed snem opowiadam Przytulance jedną przygodę krasnoludka w zielonej czapeczce. O sroce, która chciała ukraść krasnoludkowi jego ulubioną zieloną czapeczkę. O biedronce, która zgubiła swoje czarne kropeczki, a krasnoludek próbował je odszukać. O grajku – koniku polnym, któremu zepsuły się skrzypki, a krasnoludek je naprawił. I dużo innych historii do których wrzucam zawoalowaną naukę pomocy słabszym i bardziej potrzebującym. A moja mała mądralińska zawsze odnajdzie sens opowieści. Z dumą patrzę jak podczas prac w ogrodzie podnosi leżącą na chodniku dżdżownicę i zanosi ją do spulchnionej ziemi. Biedronkom wyszukuje listki z mszycami. Nie łapie motyli bo wie, że połamałaby im skrzydełka. Podlewa kwiaty …bo babciu one też muszą mieć wodę do picia…  

…ale nie rozumiem dlaczego zbudował swój domek pod krzakiem aronii. Nie mógł go zbudować pod tujami? Tam byłoby mu cieplej i bezpieczniej. I pod takimi gęstymi krzakami sroki by go nie znalazły. Kiedyś opowiadałaś mi jak sroka  zaatakowała krasnoludka, a ty go uratowałaś…   

…po to są dorośli ludzie, żeby pomagali słabszym. I masz rację z tym domkiem. Porozmawiam z krasnoludkiem. Jeżeli się zgodzi to razem przeniesiemy jego domek pod tuje…  

Przerwałyśmy rozmowę, gdyż doszłyśmy do naszego ulubionego sklepiku.  Znajoma ekspedientka powitała nas słowami: …witam moje ulubienice. Co podać?..

Nim otworzyłam usta wnusia podeszła do lady i powiedziała: …poproszę larwy… Ekspedientka lekko zmarszczyła brwi i odparła:

…chyba nie mam. Ale sprawdzę…

Podeszła do jednej z półek i zaczęła szukać. W tym samym czasie do sklepiku weszły dwie starsze panie i stanęły za Przytulanką. Ekspedientka odwróciła się do nas i ze smutkiem w głosie powiadomiła że niestety, ale larw nie ma.

…a są dżdżownice?.. zapytała wnusia. Dwie starsze panie przestały ze sobą rozmawiać. …wolisz długie i grube, czy chude i krótkie?.. spytała fachowo ekspedientka. Wnusia odwróciła się do mnie i zapytała:

…to jakie weźmiemy do rosołku? Jak nie ma larw to może dżdżownice chude i krótkie będą lepsze od grubych?..

Kiwnęłam potakująco głową, a starsza pani stojąca za wnusią chwyciła się za serce. …dziecko! Czym cię babcia karmi?!..   Przytulanka spojrzała na starszą panią ze zdumieniem.

…rosołkiem z larwami lub dżdżownicami. Ale często wrzuca mi też kolorowe motyle… Starsza pani złapała się lady, bo chyba lekko zasłabła. Ja w tym czasie poprosiłam o mleko i twarożek do naleśników. Zapłaciłam i już chciałam wyjść, gdy usłyszałam jak wnusia tłumaczy starszej pani, że wróżki świetnie gotują. A jej babcia wróżka gotuje najlepszy rosołek pod słońcem.

…słonko, wychodzimy…

Wnusia podeszła do mnie. Gdy wiązałam jej szal usłyszałam jak ekspedientka ze śmiechem tłumaczy  oburzonym paniom, że larwy to makaron w kształcie ryżu. Dżdżownice to makaron w kształcie rurek, a kolorowe motyle to kolorowy makaron – kokardki. Przytulanka i ja pomachałyśmy roześmianej ekspedientce i wyszłyśmy ze sklepu. W tym dniu jadłyśmy rosół z dżdżownicami. A Przytulanka poprosiła o dokładkę. Kiedy opowiadałam tą historię Młodszemu – śmiał się jak szalony.

…kiedyś doniosą na ciebie do opieki społecznej i będziesz miała problemy…

Roześmiałam się.

…twoja córka mnie obroni…

…co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości. Ale odpowiedz mi na jedno pytanie – kiedy w końcu spoważniejesz…

 Zamyśliłam się. Znałam odpowiedź, ale nie spodoba się Młodszemu.

…szczerze? Nigdy…


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

SENS MOJEGO ŻYCIA

poniedziałek, 22 czerwca 2015 0:15

Właśnie dzisiaj mija pół roku od czasu gdy zaglądnęłam tutaj ostatni raz. Żeby zrozumieć co tak naprawdę się stało powinnam  cofnąć się w czasie. Do 24.12.2014r. To wtedy po raz pierwszy coś do mnie dotarło. No, może jeszcze niezupełnie zrozumiałam sens tego co się dzieje. Najwłaściwsze byłoby stwierdzenie, że zaczęłam dostrzegać co w moim życiu powinno być najważniejsze.   Bo ostatnio dosyć często dręczyło mnie pytanie typu – co po sobie zostawię. I nie chodzi o sprawy materialne, ale o jakieś bliżej nieokreślone „coś”. Wiadomo, że mężczyzna w swoim życiu  powinien wybudować dom, zasadzić drzewo i mieć syna. Mój mąż to wszystko spełnił i odszedł. A ja? Co powinnam zrobić, żeby zostawić po sobie jakiś ślad. Może to głupie, ale mam przeświadczenie iż mimo wielu zawirowań moje życie nie dało mi szansy na odnalezienie właściwej drogi. Ale istnieje możliwość, że taką okazję po prostu przegapiłam.  Lecz nigdy nie jest za późno, żeby to naprawić.

To tyle wstępu. Pora zacząć opowieść. Jedną z wielu, bo zapewne na tej się nie skończy.

                                                                

Wysiadłam z samochodu i spojrzałam w niebo. Tylko jedna gwiazda, która mrugała do mnie. Zrobiło mi się dziwnie smutno. Wigilia bez śniegu, bez św. Mikołaja, bez sań i reniferów to nie jest wigilia moich marzeń. Młodszy spojrzał na mnie i roześmiał się.

…znowu patrzysz w niebo? Wejdź do domu. Ona już na ciebie czeka…

Zerknęłam na podjazd. Tylko trzy samochody. To znaczy, że jestem pierwsza. Reszta gości powinna się zaraz zjawić. Podeszłam do wejściowych drzwi i zerknęłam przez witraż do środka. Siedziała zamyślona głaszcząc jedną rączką Gucia. W drugiej ściskała klucze. Ubrana w piękną czarną sukienkę w srebrne serduszka. Na nóżkach srebrne balerinki. Długie czarne włosy splecione w oryginalny warkocz dodawały jej uroku. Lekko zastukałam w szybkę. Podbiegła do drzwi i otworzyła je. Weszłam do środka.

…witaj, słoneczko. Pięknie dzisiaj wyglądasz…  

Przytuliła się do mnie mocno. 

…ty też, babciu. I pięknie pachniesz…

…to perfumy Coco Chanel. Na wyjątkowy wieczór wyjątkowy zapach…

Przytulanka uśmiechnęła się.

…już zaczęłam się martwić, że nie przyjedziesz. A mam ci tyle do opowiadania. Siedzimy obok siebie. Pod choinką w salonie są już prezenty. Kazik zniknął. A teraz pójdziemy do mojego pokoju, bo muszę koniecznie pokazać ci moją choinkę. Jest taka kolorowa…

Buzia się jej nie zamykała. Złapała mnie za rękę i lekko pociągnęła w stronę schodów. Wtedy z kuchni wyszła synowa. Wysoka, szczupła. W pięknej koktajlowej sukni. Ale miała jakąś dziwną minę. 

…dobry wieczór, mamo. Chyba przypaliłam rybę…

Roześmiałam się.

…nic nie czuję, więc chyba nie jest tak źle. A poza tym na kolacji będą sami swoi i dlatego nie ma powodu do niepokoju… 

Synowa jest perfekcjonistką. W świecie nauki to wielka zaleta, ale w codziennym życiu nie jest jej łatwo. Idealny świat nie istnieje, więc trzeba umieć godzić się także z porażkami. Jak to mój mąż zwykł mawiać:

…przyjmować niepowodzenia na klatę i iść do przodu…  

Dobra rada, ale czasami trudna do zrealizowania. Nawet mnie nie zawsze udaje się pogodzić z przegraną.

Poszłyśmy z Przytulanką na piętro. W dużej donicy stała żywa zielona choinka. Własnoręcznie zrobione ozdoby przyciągały wzrok.

…śliczna… powiedziałam do wnusi.

…wiem, ale zobaczysz tą w salonie. Jest bardzo duża i piękniejsza od mojej…

Usiadłyśmy na kanapie. Moje maleństwo pochwaliło się dyplomem i nagrodą za zajęcie pierwszego miejsca w przedświątecznym konkursie. Przyznaję, że byłam z niej dumna. Nagle usłyszałyśmy szybkie kroki na schodach. To kuzyni Przytulanki przyjechali ze swoimi rodzicami. Chłopcy wbiegli do pokoju i od razu zasypali mnie potokiem słów. Przytulanka także chciała coś dodać i wyszło z tego niezłe trio. Słowa wpadały do moich uszu i mieszały się ze sobą tworząc niezwykłą zagadkę. Bo było coś o magii, bajkach, robotach i kotach.  Poczułam lekki zawrót głowy. Klasnęłam w ręce i zapanowała cisza. Trzy pary ocząt wpatrywały się we mnie ze zdziwieniem. Westchnęłam cicho i wyjaśniłam: 

…co prawda mam podzielną uwagę, ale teraz nie bardzo rozumiem o czym mówicie. Mogę z wami rozmawiać i odpowiadać na wasze pytania, ale muszę je zrozumieć. Dlatego proponuję kolejność wypowiedzi. Zaczniemy od najmłodszego…

Dzieciaki radośnie przytaknęły główkami.  Rozmowy z nimi  zawsze sprawiają mi sporo radości. Zwierzają mi się ze swoich problemów oczekując mojej rady lub przynajmniej akceptacji podjętej przez nich decyzji.  Czas spędzony na rozmowie z milusińskimi  płynął szybko.  A wigilijna kolacja w dużym rodzinnym gronie to także sposobność do wymiany spostrzeżeń i dyskusji na dosyć oryginalne tematy. Jakby tego było mało Przytulanka szeptała mi do ucha swoje największe tajemnice. Słuchałam z uwagą i po cichu odpowiadałam na pytania.  Młodszy nie wytrzymał i podszedł do nas. 

…o czym tak po cichu rozmawiacie?...

Przytulanka odwróciła się i z uśmiechem odpowiedziała: 

…tato, nie przeszkadzaj. My z babcią mamy swoje sekrety… 

Widząc minę swojego syna z trudem powstrzymałam się od śmiechu.

…mój drogi. Jak widzisz nie możemy odpowiedzieć na twoje pytanie…  

Odszedł bez słowa, a my wróciłyśmy do przerwanej rozmowy.  

…proszę, dokończ. Opowiedz mi w jaki sposób wyleczyłaś krasnoludka…  dopytywała się Przytulanka. 

…zimową herbatką. Tą, którą tak lubisz. Jest w niej malina, lipa, mięta i sok z cytryny oraz miód… 

Przytulanka pochyliła się w moją stronę i cicho zapytała:

…a skąd wiedziałaś, że to pomoże krasnoludkowi?..

Roześmiałam się.

…skarbie, wszystkie wróżki potrafią leczyć. A szczególnie babcie wróżki… 

Chwilkę milczała. Przyglądałam się jak marszczy czoło i zagryza wargi. Chyba nad czymś intensywnie myślała. Nagle przytuliła się do mnie i szepnęła: 

…dobrze że jesteś moją babcią. A jak będę duża to też taka będę. Taka sama jak ty… Uśmiechnęłam się i pocałowałam wnusię w główkę. Wigilijny wieczór dobiegał końca.  Wracałam do swojego domu zastanawiając się jaka będzie moja następna wigilia.

Może to głupie, ale nie wyobrażam sobie tego wyjątkowego wieczoru bez mojego maleństwa.  Chyba się od niej uzależniłam. A może wszystkie babcie tak mają?

Ta historia dała początek temu, co jak ziarno zaczęło we mnie kiełkować.  Ale musiało się jeszcze sporo wydarzyć żebym pojęła sens przedziwnych zdarzeń. Zdarzeń, które wyprostowały moje ścieżki i odpowiedziały na pytanie o sens mojego życia.

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

WIGILIJNA OPOWIEŚĆ O UCZUCIACH

piątek, 19 grudnia 2014 22:51

Był wieczór. Wysiadłam z samochodu i spojrzałam na niebo. Pierwsza gwiazda już błyszczała zapraszając do wigilijnej kolacji. Lecz zrobiło mi się smutno, bo święta bez śniegu to żadne święta. Ani reniferów, ani sań, ani wesołego okrzyku św. Mikołaja. Parsknęłam śmiechem. Też mi zachcianki. Przecież nie jestem dzieckiem.

Starszy wyciągał z bagażnika prezenty i torby z jedzeniem. To miała być rodzinna składkowa wigilia. Każdy przywoził potrawy, które  mu się najlepiej udawały. Mnie przypadł zestaw: serniko-makowiec, makówki z mnóstwem bakalii, kapusta z grochem i kapusta z grzybami.  Młodszy otworzył wejściowe drzwi i cichaczem przemycał prezenty próbując upchnąć je pod choinkę. Jednak ilość paczek, toreb i pakuneczków przerosła możliwości świątecznego drzewka. Choinka powinna mieć średnicę co najmniej trzech metrów, żeby ukryć wszystkie podarki. Bo i ilość osób mających zasiąść do wigilijnej kolacji była imponująca.

Gdy Starszy próbował uwolnić mnie od płaszczyka usłyszałam na schodach tupot i okrzyk:

…babcia wróżka! Babcia wróżka!..

To Przytulanka zbiegała z piętra krzycząc radośnie. Roześmiałam się.

…witaj moje słoneczko. Już jestem…

Uściskałyśmy się serdecznie, bo przez kilka dni nie miałyśmy ze sobą kontaktu.  Nagle naszą uwagę przykuły wołania: …babcia! Babcia!..

To kuzyni mojej wnusi biegli po schodach kierując się w moją stronę. Przytulanka puściła moją rękę, stanęła przed kuzynami i ze złością krzyknęła:

…to jest tylko moja babcia!  Moja i tylko moja!..

Zanosiło się na niezłą awanturę. Musiałam natychmiast zareagować. Złapałam wnusię za ramiona i spojrzałam jej prosto w oczy.

…posłuchaj kochanie. Dzisiaj jest wyjątkowy wieczór i jest tutaj cała nasza rodzina. Wszyscy bardzo się kochamy, więc tego wieczoru będę babcią wszystkich dzieci. Zgoda?..

Przytulanka wygięła buzię w podkówkę jakby miała się rozpłakać. Ale dzielnie przełknęła łzy i przytaknęła główką, że się zgadza.

…obiecaj, że będziesz siedziała obok mnie… szepnęła. Uśmiechnęłam się. Awantura zażegnana, więc pora przywitać się z pozostałymi członkami  rodziny. Weszłam z dziećmi do salonu. Ogromny stół na ponad dwadzieścia osób prezentował się niezwykle okazale. Po modlitwie zaczęliśmy sobie składać życzenia łamiąc się opłatkiem. Trwało to dosyć długo. Przytulanka nie wytrzymała i podeszła do mnie.

…babciu, jak długo będziecie życzyć tego zdrowia i błogosławieństwa? Ja już jestem głodna i wolałabym coś zjeść. Tylko pamiętaj, że siedzimy obok siebie… I oto cała moja Przytulanka. Gdy jest głodna to nic innego się nie liczy. Zapewniłam ją, że za chwilkę siądziemy przy stole i zjemy coś pysznego.  

Synowa dołożyła wszelkich starań by kolacja przebiegała bez zakłóceń. Potraw było na pewno więcej niż dwanaście, ale ja skosztowałam tylko sześć. I nikt nie był w stanie mnie namówić  na pozostałe. To byłoby już obżarstwo. Wnusia też podziękowała i władowała mi się na kolana. Objęła za szyję i całując w policzki opowiadała całej rodzinie jak bardzo mnie kocha. Wszyscy śmiali się, że to najbardziej „całuśna” dziewczynka. Ktoś stwierdził, że tworzymy wspaniałą parę. Na to Przytulanka odparła bardzo poważnie:

…wiem. I ja się z babcią ożenię…

Cała rodzina parsknęła śmiechem, a ja próbowałam wyjaśnić mojemu maleństwu, że to niemożliwe. Nie można ożenić się z własną babcią. Na to moja mądralińska „dołożyła mi” jeszcze kilka całusów i patrząc mi w oczy powiedziała:

…nie przekonałaś mnie… I koniec rozmowy.

Gdy piłam kawę kuzyni  Przytulanki bawili się w św. Mikołaja wręczając wszystkim prezenty, a ich mama zapytała  skąd się bierze tak ogromna miłość  wnusi do mnie. Zwlekałam z odpowiedzią. Mówiąc szczerze – nie wiem. 

…przypuszczam, że każde dziecko oddaje uczucia jakim go obdarzamy. Mały człowiek jest jak radar. Wyłapie czy go kochamy, czy troszczymy się o niego. Przytulanka pojawiła się w moim życiu wtedy, gdy to ja jej najbardziej potrzebowałam. Gdy zmarł mój mąż – zatrzasnęły się jakieś drzwi. A mój organizm rozsypał się. Lecz gdy dowiedziałam się, że będę babcią – otworzyło się okno przez które wpadł złoty promyk. To była Przytulanka i to ona sprawiła, że zaczęłam walczyć z chorobą. Tak bardzo chciałam żyć, żeby nauczyć ją mojego spojrzenia na świat. Dałam jej całą swoją miłość i wprowadziłam w świat baśni oraz fantazji. Uczę ją miłości do ludzi i do zwierząt. Za to chyba żaden mężczyzna w całym moim życiu nie powiedział mi tyle razy słów: …kocham cię…  Przytulanka przebiła wszystkich.  W jej oczach jestem babcią wróżką, babcią czarodziejką lub babcią z lawendowego ogrodu...

… tylko pozazdrościć… powiedziała moja rozmówczyni. Przemilczałam uwagę, bo takiego uczucia się nie zazdrości.  Nie da się go kupić za żadne pieniądze czy prezenty. Ani dziecka, ani dorosłego do miłości zmusić nie można. To uczucie jest bezwarunkowe. 

Gdy w wigilię 2013 roku wracałam do domu zastanawiałam się jaka będzie moja następna wigilia. I właśnie przed chwilką zadzwoniła Przytulanka.

…właśnie jadę odebrać nagrodę w konkursie na ozdobę świąteczną. Zdobyłam pierwsze miejsce. Pamiętasz świecznik, który wymyśliłaś? A ja go zrobiłam i wygrałam. Dziękuję babciu. Bardzo cię kocham. I proszę - przyjedź do mnie na wigilię.  Przyjedź, proszę, proszę…

Roześmiałam się i pogratulowałam mojej wnusi. Od poprzedniej wigilii minął rok, więc czas na babcię artystkę. Teraz uczę ją rysować, malować i robić różne dziwne ozdoby.

Gdzie spędzę wigilię? Jeszcze się nie zdecydowałam.

A Wam wszystkim życzę radosnych i spokojnych świąt w gronie rodziny i przyjaciół. Oprócz zdrowia życzę także poczucia, że dla kogoś jesteście wyjątkowi i godni najwspanialszych uczuć. Ale gdy zatrzasną się Wam jakieś drzwi szukajcie okna. Otwórzcie je szeroko pozwalając wpaść jakiemuś złotemu promykowi, który rozświetli Wasze życie. I nieważne jest czy ten promyk będzie miał twarz dziecka lub dorosłego człowieka. Może być psiakiem, kotem lub papugą. Lecz może być spełnieniem Waszych marzeń. I tego z całego serca Wam życzę.


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ WCALE

niedziela, 16 listopada 2014 23:03

Nie wiem czy uda mi się pokazać to o czym w zagadce opowiadała Przytulanka, ale spróbuję. Zacznę jednak od mebli, które kupiłam w ciągu piętnastu minut. A potem biały krzak z ptakami, wieniec z serduszkami oraz transparentny fotel i stół ze zdjęciami. I na zakończenie przedpokój z którego wchodzi się do WHITE  DREAM. To wszystko powstało w tym roku, ale ciągle się zmienia. Teraz pokój wygląda troszkę inaczej, bo zmieniam detale.007.JPG017.JPG003.JPG

014.JPG

023.JPG

005.JPG018.JPG

020.JPG

009.JPG

008.JPG

024.JPG

009.JPG

005.JPG

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

I JESZCZE COŚ

wtorek, 04 listopada 2014 14:58

To dla próby, czy uda mi się wstawić zdjęcie. Oto ostatnio zrobiona przeze mnie fotografia Przytulanki z Seniorem. Prawda, że ładne kocisko? Niestety, nie upolowałam Kazika, bo znowu ruszył na łowy. A Gucio ukrył się pod kanapą. Chyba nie lubi być fotografowanym. 

002.JPG


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

WYKRAKAŁAM

poniedziałek, 03 listopada 2014 18:09

No tak. Narozrabiałam. Zresztą wiadomo, że pakuję się w przeróżne dziwne sytuacje. Ale to naprawdę nie moja wina. Ja po prostu tak mam. Najważniejsze, że jeszcze żyję. Lecz było kiepsko. I nie wiem co byłoby gorsze: że nie żyję lub to, że nie mogłabym już opisać co się naprawdę stało. A wszystko zaczęło się tak niewinnie.

W jeden z chłodniejszych dni zeszłam do kotłowni, żeby rozpalić w centralnym. Dotychczas wystarczał mi piec w moim pokoju na parterze, w którym wieczorami paliłam drewnem. Dzięki temu było mi ciepło i przytulnie. Ale dni stawały się coraz bardziej deszczowe i ponure. Na piętrze zrobiło się zimno. Lubię chłód, ale bez przesady. Wcześniej zadzwoniłam do spółdzielni kominiarskiej i poprosiłam o przeczyszczenie  komina. Przyjechali i przeczyścili. Chcieli wejść do piwnicy, żeby wybrać sadzę z wyczystki, ale się nie zgodziłam. Cała piwnica była zawalona drewnem i dojście do miejsca w którym gromadzi się spadająca z komina sadza było niemożliwe. Obiecałam, że gdy odrzucimy drewno to syn wyrzuci sadzę i będzie ok. I tak zrobiliśmy. Przy okazji Starszy wyczyścił dokładnie piec co. Czyli byliśmy perfekcyjnie przygotowani na nadejście chłodu. Wtedy tak myślałam. Lecz nie przypuszczałam, że życie szykuje mi paskudną niespodziankę.

Weszłam do kotłowni i zaczęłam od zaprogramowania urządzenia obsługującego piec. Czyli do jakiej temperatury ma się nagrzać woda w kaloryferach, kiedy ma się włączyć nawiew itd. Potem rozpaliłam.  Ogień nie był zbyt duży, więc wróciłam na parter. Po kilkunastu minutach poczułam dym. Zbiegłam do kotłowni. Białe opary snuły się po piwnicy. Popędziłam do kotłowni. Gdy wbiegłam – włączył się w piecu nawiew. I zaczął się horror. Całe pomieszczenie momentalnie wypełniło się białym jak mleko dymem. Nie widziałam własnych rąk. Próbowałam dostać się do okna, żeby je otworzyć. Ale na próżno. Piekły mnie oczy i płuca. Rzuciłam się do ucieczki. Ale jak uciekać, gdy nic nie widzę. Na wyczucie biegłam wąskim piwnicznym korytarzykiem trzymając ręce wyciągnięte przed siebie. Żeby tylko nie zderzyć się ze ścianą! I nie stracić przytomności, bo to będzie mój koniec! Nagle ręką natrafiłam na drzwi.  Nacisnęłam klamkę i wpadłam do suszarni. Ale kłęby dymu momentalnie wypełniły i to pomieszczenie. Przede mną były następne drzwi. A za nimi upragnione wyjście. Do ogrodu. Zaczęłam siłować się z zamkiem. Czułam, że tracę przytomność. Jednak w ostatniej chwili udało mi się przekręcić klucz i wybiegłam na świeże powietrze. Stałam na trawniku trzymając się pnia drzewa i z całej siły próbowałam oddychać. Palący ból w płucach i piekące oczy z których strumieniami płynęły łzy były niczym w porównaniu z jedną myślą – żyję!!! 

Trzęsłam się z zimna i z przerażenia. Zaczął siąpić deszcz, a ja ubrana tylko w cieniutki sweterek stałam przed domem nie mogąc do niego wejść. Bo jedyne otwarte wejście to piwnica. A w domu nikogo nie było. Starszy miał wrócić za kilka godzin, więc pozostało mi czekanie. Na szczęście zobaczyłam na tarasie narzutę, którą zapomniałam zabrać poprzedniego dnia. Owinęłam się nią szczelnie i usiadłam w fotelu. Płuca dalej piekły, ale wiedziałam że to minie. Potrzeba tylko trochę czasu i świeżego powietrza. Po godzinie weszłam do suszarni. Dymu już prawie nie było. Zajrzałam do kotłowni. Cisza. Ogień zgasł i nawiew przestał działać. Sprawdziłam parter i piętro. Dym był widoczny, ale zagrożenie minęło. Otworzyłam wszystkie okna i zaczęło się wietrzenie. Temperatura w domu oscylowała między dziewięcioma a jedenastoma stopniami Celsjusza. I tak przez kilka dni. Mimo, że lubię zimno tym razem moim marzeniem było przytulić się do czegoś ciepłego. Powoli zamieniałam się w Królową Śniegu.  Grubo ubrana snułam się po domu zastanawiając się jak długo wytrzymam. Synowa chciała mnie natychmiast zabrać na wieś, ale odmówiłam. Przecież nie jest jeszcze tak źle. Przyjaciele oferowali mi swoje domy i mieszkania. Otwierało się przede mną tyle drzwi, że byłam wręcz zażenowana.  Potem zjawili się moi ulubieńcy – kominiarze.  Przeczyścili jeszcze raz komin i rozwalili w drobny mak czop z sadzy, który się tuż nad wyczystką utworzył. A Starszy rozpalił w piecu i cały system ogrzewania wspaniale zadziałał. Teraz jest już dobrze, więc wracam cała i zdrowa do pisania. Tfu… tfu… na psa urok. Żeby znowu nie wykrakać jakiejś okropnej przygody. A  następny wpis będzie opowieścią o białym pokoju. Ze zdjęciami. Jak prosiła Merlin.       


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

MOI TRZEJ FACECI

poniedziałek, 20 października 2014 23:05

Wróciłam do miasta. Do swojego domu, do Starszego i do Czarnej Damy. Kocica oczywiście była na mnie śmiertelnie obrażona i okazywała mi to na każdym kroku. Bo jak mogłam ją zostawić na tak długi okres. Starszy jakoś sobie radził i tylko opakowania po pizzy świadczyły, że nie miał ochoty na gotowanie. Czyli męskie podejście do kwestii jedzenia – mama ugotuje to się zje. A jak nie ugotuje to dzwonimy i jedzonko nam przywożą.

 Teraz przyzwyczajam  się do życia w mieście. A jeszcze nie tak dawno budziło mnie pianie kogutów, dziwny odgłos bażantów spacerujących po ogrodzie  i szczekanie psów. Ale przyznaję, że jestem mieszczuchem i może dlatego  współczesna wieś nieco mnie rozczarowała. Z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętałam krowy na pastwiskach i konie zaprzęgnięte do wozów. W prawie każdej zagrodzie były kury, kaczki i gęsi. I indory, które były moim utrapieniem, bo dziwnym trafem nie podobałam się im. Do dzisiaj nie wiem dlaczego.  A teraz? Zamiast wiejskich domów – wspaniałe wille. Nawet ogrody są inne. Wszystko zaprojektowane na wzór żywcem wyjętym z najnowszych katalogów. Po malwach, słonecznikach czy niezapominajkach nie ma śladu. Ówczesna wieś zmienia się w noclegownię dla zamożnych ludzi, którzy rano opuszczają swoje wille włączając alarmy i drogimi autami jadą do pracy. Wieczorem zmęczeni wracają robiąc po drodze zakupy w pobliskim markecie. Tutaj nie ma miejsca na krowy, owce czy kozy. A konie? Chyba tylko do jazdy wierzchem.

Ale nie o tym chciałam napisać. Miało być o  moich trzech facetach z którymi  spędziłam troszkę czasu. Najstarszy z lekko zaokrąglonym brzuszkiem, cichy, cierpliwy i lubiący się przypodobać. W każdej sytuacji okazywał swoją lojalność i przywiązanie.

Średni – najwyższy o wręcz stalowych mięśniach. I niezwykle przystojny. Gdy szedł ulicą to nie było osoby, która by się za nim nie obejrzała. Najczęściej nonszalancki i z zadziornym błyskiem w oku, który miękczył moje serce. Typ macho, lecz to właśnie on najbardziej mnie rozpieszczał przynosząc mi śniadania – niespodzianki. Co prawda nie zawsze trafiał w mój kulinarny gust, ale mam nadzieję że z czasem nabierze wprawy. Potrafił mnie też wkurzyć nie wracając na noc do domu. Wiadomo, młodość swoje prawa ma. Ale ja takiego zachowania nie toleruję. Dlatego od czasu do czasu odbywałam z nim poważną rozmowę. A kończyło się zawsze tak samo – cmokał mnie w policzek, puszczał mi oczko i wychodził. Gdybym go tak bardzo nie lubiła to …. Ech, szkoda gadać.

No i trzeci – Najmłodszy. Istny słodziak. Chociaż nieźle rozrabiał, to każdą psotę mu wybaczałam. Chyba mam zbyt dobre serce. Całe męskie towarzystwo rozpuściłam jak dziadowski bicz(i skąd takie porównanie? Co bicz ma wspólnego z rozpuszczeniem? Muszę to sprawdzić). Ale na pewno jestem nadopiekuńcza. I całą trójkę zagłaskałabym na śmierć.  No to czas się zmierzyć z zagadką. Wiadomo, że znów Was wkręcam.

Najstarszy – Senior. Kocur dachowiec, który razem z parterowcami wyprowadził się na wieś. Średni – wiem, że już wiecie. Oczywiście Kazik (a właściwie Kaszmir). Pręgowany maine coon, który wydoroślał i stał się wspaniałym okazem. Jest jeszcze najnowszy nabytek Gucio (a naprawdę Guczi). To niebieski maine coon. Ma dopiero pół roku, ale milszego pieszczocha jeszcze nie znałam.  Została do wyjaśnienia kwestia śniadań, którymi częstował mnie Kazik. Otóż były to nornice, polne myszy i inne bliżej mi nie znane stworzonka. Przynosił je rano, kładł na tarasie na wycieraczce i znikał. Czasami czekał aż mu podziękuję i pogłaszczę po ogromnej łepetynie. Wtedy wydawał dźwięk oznaczający ogromne zadowolenie i ruszał na poszukiwanie przygód. Jak na prawdziwego faceta przystało.  

Moi faceci czasami potrafili mnie zdenerwować. Szczególnie Gucio, który chodził za mną jak piesek. Ale gdy jestem już u siebie – tęsknię za nimi.

A teraz kilka słów do Merlin. Zdjęcia WHITE  DREAM są w moim laptopie. Czyli następny wpis powinien być zgodny z Twoim życzeniem. Chyba, że życie znowu spłata mi figla i jakaś niespodziewana przygoda pokrzyżuje mi plany.

 


Podziel się
Tagi: wieś, koty

komentarze (19) | dodaj komentarz

NOTARIA

czwartek, 09 października 2014 23:34

Mogłabym  zacząć od stwierdzenia, że post o Notarii piszę pod przymusem. Bo kiedyś Jej to obiecałam. Ale nie napiszę, gdyż ten post z przymusem  nie ma nic wspólnego.  I oczywiście miałam dylemat. Czy napisać kim naprawdę jest Notaria? Wtedy musiałabym uruchomić wszystkie moje „detektywistyczne kontakty”.  Ale robię to tylko w bardzo wyjątkowych i niezwykle ważnych okolicznościach. No i pytanie: …czy Notaria tego by chciała?..  Znając Ją z blogowiska już kilka lat mogę z czystym sumieniem odpowiedzieć, że tego by na pewno nie chciała. Dlatego będzie to opis mojego o Niej wyobrażenia. Nie wiem na ile ten opis będzie zgodny ze stanem faktycznym, ale wiem na pewno że będzie odzwierciedlał to co myślę o tej niezwykłej kobiecie.

Przede wszystkim zafascynowała mnie swoją ogromną wiedzą o muzyce(głównie klasycznej), oraz literaturze. A najśmieszniejsze jest to, że Notarię i mnie połączył mężczyzna. A konkretnie miłość do tego samego faceta. Normalnie to powinnyśmy się nie cierpieć, bo trójkąty sprawdzają się tylko w geometrii. Ale Jan Sebastian Bach od dawna nie żyje, więc trójkąt jest stabilny i ma się dobrze. Tak jak muzyka tego genialnego kompozytora.  Na swoim blogu Notaria proponowała wysłuchanie przeróżnych utworów. Słuchałam wszystkiego, bo było warto. Podobno dobrzy ludzie kochają muzykę, a tylko niezwykle wrażliwym udaje się rozumieć i rozkoszować muzyką klasyczną. I oto mamy dwie pierwsze zalety Notarii: 

DOBROĆ  i  WRAŻLIWOŚĆ. 

Dość o muzyce. Przechodzimy do literatury. I w tym momencie kładę uszy po sobie, bo zaczynamy od literatury bardzo ambitnej. Przyznaję – czytając posty Notarii  czuję się jak uczennica.  Podziwiam Jej umiejętność analizowania przeczytanej treści. Jest niezwykle dociekliwa. Czasami mam wrażenie, że chciałaby wejść w głowę twórcy dzieła i dotrzeć do jego najbardziej skrywanych tajemnic. I mamy trzecią zaletę:

DOCIEKLIWOŚĆ. 

A co poza tym? Jest skromna i chyba lekko się rumieni, gdy się Ją chwali. Ale jak nie chwalić, gdy z prowadzonych przez Nią blogów aż bije ogromna wiedza. Nie narzuca swoich przemyśleń, ale dzieli się nimi jak kromką chleba. Można skorzystać lub odmówić, lecz głodny wiedzy blogowicz na pewno skorzysta. Pojawia się czwarta i piąta zaleta: 

SKROMNOŚĆ  I  OGROMNA  WIEDZA.

Nie wiem , czy powinnam dalej wyliczać. Bo mam takie odczucie,  że za chwilę zobaczę Notarię, która grożąc mi palcem powie iż nie powinnam stawiać Ją na blogowym świeczniku.

A ja już wybiegam do przodu i odpowiadam, że poprzez swoje blogi na tym świeczniku  postawiłaś się sama. I nie masz wyboru. Musisz dalej pisać. A piszesz tak, że mimo poważnych tematów prawie zawsze znajduję w Twoich tekstach jakąś iskierkę humoru. Wysmakowane poczucie humoru to rzadka zaleta, a Ty ją posiadasz. I chwała Ci za to, bo gdybyś była nadętą moralistką omijałabym Cię szerokim łukiem. 

POCZUCIE  HUMORU 

I jeszcze jedno co mi się bardzo podoba. Masz do mnie iście anielską cierpliwość. Nie wiem jak do innych blogowiczów, ale przypuszczam że wszystkich traktujesz tak samo. 

CIERPLIWOŚĆ

A teraz powinnam się skupić na wadach. Długo nad tym myślałam, bo przecież każdy jakieś wady posiada(nawet ja). Lecz im dłużej się zastanawiałam tym większą pustkę miałam w głowie. I spasowałam. Poddaję się. Nie wiem. Ale być może jest też tak, że zalety są również wadami. To tak jak ze mną. Moja ogromna wada – jestem uparta. Natomiast w niektórych sytuacjach ta wada staje się zaletą. Dlatego nad wadami już zastanawiać się nie będę i przejdę do wyglądu zewnętrznego. Teraz powinny pojawić się kropeczki ………… oraz znaki zapytania??????????? Dlaczego? Ano dlatego, że nie wiem jak Notaria wygląda. Zdjęć na blogach nie ma, a swoich wyjątkowych kontaktów nie uruchomiłam. Została mi tylko moja wyobraźnia.

Gdy czytam książkę to w moim umyśle pojawiają się konkretne osoby. Mają jakąś twarz, jakąś sylwetkę i jakieś zachowania. A wszystko to rysuje mi się na podstawie czytanego tekstu. Tylko że autor ułatwia sprawę opisując bohaterów. Tutaj jest inaczej. Mam blogi(czyli teksty), ale opisów bohaterki brak. Zdjęć także nie ma. No niezupełnie. Są, ale nie takie jakie by mi były pomocne. Dlatego naciskam przycisk „moja wyobraźnia” i zaczynam.

 Notaria Nr 1

Niezbyt wysoka, szczupła, blondynka z lekkim makijażem. Ubrana w ciemny kostiumik (garsonkę?) i jasną bluzeczkę. Idzie korytarzem. Cichym echem odbija się stukot niezbyt wysokich obcasów. Otwiera jakieś drzwi i wchodzi do pokoju. Siada przy biurku. Komputer, kubek z kawą i sterta poukładanych kartek papieru. Zdejmuje okulary i przeciera zmęczone oczy. Przymyka powieki i opiera głowę na dłoni. Uśmiecha się, bo Jej mózg odtwarza niedawno zasłyszaną melodię. Brzmiało pięknie, ale czeka praca. Zakłada okulary i pochyla się nad klawiaturą.

 Notaria Nr 2 Niezbyt wysoka, szczupła, szatynka z krótkimi włosami. Siedzi w fotelu i czyta książkę. Jednak trudno skupić się na treści. Wstaje i wychodzi przed dom. Ubiera gumowce i rusza do ogrodu. Na liściach roślin błyszczą krople deszczu. To dobrze, że nieco z nieba pokropiło. Zioła, kwiaty i owocowe drzewa właśnie tego potrzebowały.

…jaki piękny szczypiorek. W sam raz do jajecznicy… pomyślała zrywając garść zielonych nitek. Wraca do domu. Jeszcze tylko jedno spojrzenie na ogród. Uśmiecha się. Tak niewiele potrzeba do szczęścia. Cichy bezpieczny dom, ogród, książki i ukochana muzyka.

Jest jeszcze Notaria Nr 3, Nr 4 i 5. Może wszystkie nieprawdziwe. Ale możliwe, że każda z nich ma coś z oryginału. I tylko Ona wie jaka jest prawda

 

 

 

 


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

WSPANIAŁY DZIEŃ

piątek, 03 października 2014 2:41

Zadzwoniła do mnie rano. Była zła i pełna pretensji.

…jesteś wredną małpą! Jak możesz tak traktować ludzi!..

Szybko zrobiłam rachunek sumienia. No nie wiem. Coś komuś powiedziałam? Kogoś obraziłam? Naprawdę nie pamiętam co złego zrobiłam.

…możesz jaśniej?..

…a mogę! Blok masz?..  

…blok? Jaki blok? Rysunkowy?… W słuchawce usłyszałam sapanie. Czyli jest ewidentnie wkurzona. 

…nie blok, tylko blog. G na końcu jak gamoń. Wiesz co to jest gamoń?..

Tym razem to ja się zdenerwowałam.

…a co to za dziwne pytania? Interesuje cię mój blog czy gamoń?.. 

…interesuje mnie blog, którego właścicielem jest gamoń. A właściwie gamonica…

Nie wiedziałam czy się śmiać, a może bardzo wkurzyć. Wybrałam wariant pierwszy.

…o ile mi wiadomo to słowo „gamonica” w języku polskim nie istnieje…

…wiem, ale ty istniejesz i olewasz ludzi którzy wchodzą na twój blog. Rozumiem, że nie masz czasu, ale minimum przyzwoitości wymaga żebyś odpisała na komentarze i napisała chociaż kilka zdań. Doceń to, że chcą czytać twoje wpisy i cierpliwie czekają na ciąg dalszy…

 Zrobiło mi się głupio. Fakt. Pod przymusem życiowej sytuacji narzuciłam sobie pewne priorytety. I blog znalazł się na szarym końcu. Ale nie chodzi o to, że u mnie nic się nie dzieje. I że nie mam o czym pisać. Wręcz odwrotnie. Zbyt dużo się dzieje.

Dlatego bardzo, bardzo serdecznie  Was przepraszam i oto ciąg dalszy.   

Po szalonym poniedziałku musiałam się odstresować i wszystko sobie jakoś poukładać. Poza tym jak co roku w sierpniu i we wrześniu miałam mnóstwo imprez urodzinowych, imieninowych i rocznicowych. Jak to określiła jedna z moich przyjaciółek? Jestem rozrywkową babką. Oczywiście żartowała, ale prawda jest taka że na takich uroczystościach muszę bywać.

Ale zacznę od najważniejszego: mamy w rodzinie następnego doktora (z wyróżnieniem). Na temat synowej nasłuchałam się mnóstwo pochwał i przyjęłam tyle gratulacji,  że byłam dumna jak paw. Przy okazji panowie profesorowie  wychwalali niesamowite zdolności naukowe Młodszego, więc razem z Przytulanką i rodzicami synowej mieliśmy wspaniały dzień. Ale obiecałam sobie, że nie będzie na blogu żadnych konkretów, bo to najczęściej źle się dla mnie kończy. Tym bardziej, że musiałabym pisać o znanych osobistościach. Lecz zamiast tego mogę opowiedzieć  zabawną anegdotę .

W trakcie dyskusji nad badaniami synowej siedziałyśmy z Przytulanką  naprzeciw komisji. Dla dodania sobie odwagi moje maleństwo trzymało mnie za rękę i przytulało się do mnie. Ze zdziwieniem dostrzegłam, że na poważnych twarzach panów profesorów pojawił się  uśmiech. Zerkali na naszą dwójkę z rozbawieniem. Po zakończeniu części oficjalnej i ogłoszeniu wyniku członkowie komisji podchodzili do nas z gratulacjami. Jeden z nich uśmiechnął się i stwierdził, że nie miał odwagi zadawać pytań.

 …gdy któryś z moich kolegów rzucił pytanie pani synowej to zauważyłem, że  marszczy pani czoło i mruży oczy. Dlatego wolałem się nie narażać na pani gniew… Roześmiałam się.

…czy ja wyglądam na groźną osobę?..

 …nie, ale wyczuwam że o rodzinę walczyłaby pani jak lwica… 

Przytulanka stała obok mnie i wydawało się, że nie jest zainteresowana tą rozmową.  Nic bardziej mylnego. Odwróciła się do mężczyzny, podniosła główkę do góry i powiedziała: …moja babcia nie walczy. Babcia się zawsze do wszystkich uśmiecha…

Profesor  spojrzał na moją wnusię i zaczął się śmiać.

…no i proszę. Następna waleczna. Chyba macie to w genach. A co do uśmiechu to czasem jest to najpotężniejsza broń…  Przytulanka nie zrozumiała sensu rozmowy, ale ja z uśmiechem podziękowałam.  

Anegdot  z tego dnia jest o wiele więcej, ale już późno i trudno mi zebrać myśli. Jeszcze tylko jedna sprawa. Tym razem osobista prośba do Notarii.

Od kilku miesięcy w moim laptopie drzemie sobie wpis. O Notarii. Tak jak obiecałam – napisałam, ale nie miałam odwagi wrzucić go na swój blog. Nie zapewnię Ci autoryzacji, więc musisz mi zaufać. Na słowo „tak” lub „nie” czekam tydzień. I tylko od Ciebie zależy czy się ten wpis ukaże.

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

MIŁY DZIEŃ

poniedziałek, 22 września 2014 0:55

Lekko uchyliłam powieki. Przez opuszczone rolety łagodnie wpadało dzienne światło. Uśmiechnęłam się. Gdy w sypialni mam opuszczone rolety to wiadomo, że nie śpię sama. Na potwierdzenie tego poczułam delikatny całus w odsłoniętą szyję. Z trudem hamuję się, żeby nie parsknąć śmiechem. Po chwili czuję jak ktoś bawi się moimi włosami. I to wytrzymuję udając, że śpię. Ale na cichy szept do ucha: …kocham cię… nie wytrzymałam. Zerwałam się i z całych sił wycałowałam mojego pieszczocha. Przytulanka piszczała zachwycona, że się w końcu obudziłam.

…babciu! Już mnie tak nie całuj! Może się troszkę powygłupiamy?!..

Gilgotki i całusy. Tak zaczęłyśmy swój następny cudowny dzień. Starszy twierdzi, że obydwie jesteśmy zwariowanymi dziewuchami. Niech mu będzie. W piżamach pędzimy do kuchni. Przytulanka opowiada mi o szkole, o nowych koleżankach i o wszystkim co tylko do głowy jej wpadnie. A ja robię śniadanie i z uśmiechem słucham jej szczebiotu. Rzadko u mnie nocuje, dlatego każda chwila jest dla nas cenna.

Ale dzisiaj rano jedziemy do Krakowa. Gdy wejdziecie na mój blog już będę z Przytulanką przysłuchiwała się dyskusji nad rozprawą doktorską  synowej. I będziemy trzymały kciuki, żeby wszystko dobrze poszło. Oby AGH było dla niej równie łaskawe jak dla Młodszego, który właśnie tam swój doktorat obronił z wyróżnieniem. A po południu w jakimś krakowskim lokalu  będziemy opijać rodzinny sukces. Przytulanka (jak i niepocieszeni kierowcy) soczkiem, a reszta czymś troszkę mocniejszym.  

No i proszę, już po północy. A jeszcze tak wiele chciałam napisać. Trudno. Idę spać, bo będę miała oczy jak panda.

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

wtorek, 17 października 2017

Licznik odwiedzin:  110 800  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Piszę o swoim życiu , o zmaganiu się z codziennością i o radościach . Dzielę się wspomnieniami śmiesznymi lub smutnymi .

Statystyki

Odwiedziny: 110800

Lubię to

Horoskop