Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 845 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

NIC TO

wtorek, 02 września 2014 23:29

Zapadał zmierzch. Szłam ścieżką wzdłuż iglaków. Rzuciłam jeszcze ostatnie spojrzenie na ogród i powoli po schodach weszłam na taras. Jak cicho. Kocica otarła mi się o nogę domagając się pieszczoty. Od niechcenia przeciągnęłam ręką po jej grzbiecie i wtedy stwierdziłam, że mam na dłoniach rękawiczki. Próbowałam je zdjąć, ale jakoś ciężko schodziły. Przyjrzałam im się i ze zdziwieniem zobaczyłam, że nadają się do wyrzucenia. Gdy je kupowałam sprzedawca tak  je zachwalał, że są nie do zdarcia, że warte swojej ceny, że będą mi służyły co najmniej przez dwa lata. Tylko cyfra „2” była trafna, ale z lat zrobiły się tygodnie. Widocznie nie przewidział do czego będę je używała. Gdybym tylko wyrywała chwasty, spulchniała ziemię czy przesadzała rośliny to być może rękawiczki przetrwałyby dwa lata. Ale trafiły na ręce nieco zwariowanej osoby z niesamowitymi pomysłami i w efekcie będę musiała wyrzucić je do kubła. Mimo potwornego zmęczenia roześmiałam się przewidując minę sprzedawcy, gdy przyjdę po następną parę.

Jednak zmęczenie dawało mi się we znaki. Popchnęłam drzwi i weszłam do jadalni. To był dobry pomysł, żeby kuchnię połączyć z jadalnią, którą z tarasem dzieliły tylko przeszklone drzwi. Podeszłam do stołu i usiadłam na krześle. Przed sobą miałam duże okno bez firan. No tak. Tutaj nigdy nie będzie żadnej firany. To okno jest takim oknem na świat. Jest jak obraz, który dziennie się zmienia. Zieleń, kwiaty i latarnie. Wieczorami zapalam w nich świece i wtedy na tle ciemnego ogrodu rozpoczyna się gra świateł i cieni. Tutaj przestaję myśleć o problemach, bo tutaj jest mój świat do którego kłopoty i problemy nie mają wstępu. 

Ale dosyć mazgajstwa.  Z przedpokoju wchodzę do WHITE  DREAM. Sprawdzam czy storczyki mają jeszcze wodę i odwracam się do białego wieńca. Czytam jedną z moich ulubionych sentencji. W wolnym tłumaczeniu brzmi to mniej więcej tak:

…jeśli w życiu zgubisz drogę zapytaj serce o właściwy kierunek…  

Niedawno dla części przyjaciół zrobiłam parapetówę. Czyli oficjalne otwarcie parteru. Co prawda została mi tutaj jeszcze do odmalowania i umeblowania sypialnia, ale zostawiłam to pomieszczenie w planach na następny rok. Na razie korzystam z tej na piętrze.  

Czym zachwycili się moi goście? Przede wszystkim WHITE  DREAM. Stół był oblegany tak szczelnie, że trudno było się przecisnąć.  Oczywiście zdjęcia były tym magnesem, który przyciągał każdego. A całą resztę pomieszczeń zwiedzali jakby to była jakaś niezwykle ciekawa galeria sztuki.  I chyba jestem bardzo próżną osobą, bo cieszyły mnie komplementy typu:

…ale masz szalone pomysły…

…tylko ty mogłaś wymyślić coś tak zwariowanego…

 …spodziewałem się, że nas czymś zaskoczysz, ale czegoś takiego nie przewidywaliśmy… 

Złoszczą mnie komplementy dotyczące mojego wyglądu, ale te uznałam za bardzo miłe. Także moje „ego” zostało dopieszczone, gdy podałam gorącą kolację. Przygotowując w kuchni następne półmiski miałam okazję podsłuchać co w jadalni mówili na temat mojego kulinarnego geniuszu. Śmiałam się cichutko, bo przecież wiedzą, że takie potrawy podaję tylko na wyjątkowe okazje. W końcu znamy się już kilkadziesiąt lat i zarówno moje wady jak i zalety nie są dla nich tajemnicą.

Podobno, gdy jedzenie jest na stole to cichną rozmowy. Ale w naszym gronie rozmawia się bez względu na zawartość stołu. Ktoś zapytał, czy zrealizowałam już wszystkie swoje marzenia.

…oczywiście, że NIE… odparłam.

 Zarzucono mnie pytaniami jakie to marzenia i które z nich jest dla mnie najważniejsze. Wyśpiewałam wszystko jak na spowiedzi. Taką mam naturę, że gdy przyjaciele pytają – ja nie unikam odpowiedzi i mówię prawdę i tylko prawdę. A za kilkanaście dni głos w telefonie oznajmił mi, że od następnego dnia zaczynają spełniać moje najważniejsze marzenie. I zjawili się. Kilka dni na to poświęcili, ale ¾ marzenia zostało spełnione. Resztą muszę zająć się sama. Za to sąsiedzi stwierdzili, że ze mnie ogromna szczęściara, bo teraz takich przyjaciół już nie ma. A  ja twierdzę, że są. Tylko trzeba ich doceniać i w miarę możliwości spełniać także ich marzenia. 

Już noc. Powinnam skończyć to pisanie i grzecznie pójść do sypialni. Ale gdy laptop otwarty to jeszcze wejdę na blogowisko. Znowu długo mnie nie było, gdyż spełnianie marzeń zajęło mi sporo czasu i sił. A konkretnie była to ciężka fizyczna praca. Dlatego znów nie odwiedzałam i nie pisałam. Ale postaram się wszystko nadrobić. Chyba, że zasnę z policzkiem na klawiaturze.


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

ROZWIĄZANIE ZAGADKI

niedziela, 10 sierpnia 2014 23:18

…babciu, czy już ktoś odgadł naszą zagadkę?.. zapytała wczoraj Przytulanka.

...niestety, ale nie. Może była zbyt trudna...

Wnusia popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.

…nie mają wyobraźni?..

…mają, lecz troszeczkę inną. Po prostu nieco inaczej patrzą na rzeczywistość… 

…nie rozumiem. Gdy mówię, że widzę biały krzak na którym siedzą kolorowe ptaszki to chyba łatwo sobie takie coś wyobrazić… 

Roześmiałam się. Moim zdaniem tak prozaiczną rzecz każdy może zobaczyć.

…a biały wieniec wiszący pod sufitem na łańcuchach? A na nim dyndające  serduszka z różnymi napisami to w twoim domu też nic nadzwyczajnego… ciągnęła wnusia.   

…tak naprawdę, to u mnie bywają dziwniejsze rzeczy… przytaknęłam skwapliwie.

…no właśnie. Jak na przykład fotel na którym lubię siedzieć, a którego nie widać bo jest tra…tran… jąkała się Przytulanka. 

…transparentny… podpowiedziałam.  

…a czy trudno odgadnąć, że przytulałam się do białej podusi z bardzo długimi i puchatymi włoskami?.. zapytała wnusia. 

…chyba nie, ale dlaczego lubisz właśnie tę podusię? Przecież tutaj jest ich bardzo dużo. I białe i turkusowe i popielate… próbowałam wyciągnąć od mojej mądralińskiej coś więcej.

…bo jest milusia. I tyle…

…ale ze stołem to nieco przesadziłaś. Kto mógł odgadnąć, że rzecz gdzie jest dziadziuś, babcia, ty, ja, tatuś, mamusia i inni ludzie to stół?..

Przytulanka zaczęła się śmiać.  

…oj, babciu! To był twój pomysł. Sama go wybrałaś i sama wymyśliłaś te zdjęcia…

Cóż. Czas na dokończenie. Ta bardzo ciężka rzecz to rzeczywiście stół. O niezwykle grubych, białych stalowych nogach i dwóch szklanych blatach. Spodni blat jest czarny i na nim są rozsypane zdjęcia. Różne. Zdjęcia rodzinne, z różnych imprez i uroczystości. Zdjęcia przyjaciół i znajomych. Jest ich ponad sto. Nad tym blatem jest drugi. Przeźroczysty z hartowanego grubego szkła. Co dwa, trzy tygodnie wymieniam zdjęcia na inne. Zamiast tłamsić je w albumach i pudłach pozwalam im żyć. Dzięki tym blatom zdjęcia trafiają do różnych rąk. Przyjaciele i znajomi mają ogromną frajdę znajdując swoje podobizny sprzed lat. Wspominamy potańcówki w ogrodzie, pieczenie szaszłyków nad ogniskiem, sylwestrowe bale w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych. Są także zdjęcia z wycieczek czy wczasów. I portrety z początku dwudziestego wieku. Oraz współczesne . Pijąc kawę czy jedząc ciasto rozmawiamy o ludziach dla nas ważnych. O tych którzy jeszcze z nami są lub których już nie ma. Przypuszczam, że dla każdego mojego gościa ten mebel jest najważniejszy. Tutaj zaczyna się i kończy prawie każda historia. Tutaj odkrywamy swoje tajemnice. Te bolesne i te radosne.

A czym dla mnie jest ten pokój? Częściowym spełnieniem marzeń. Ale także radością i powodem do dobrego humoru. Bo każdego ranka wchodzę tam, podnoszę głowę w stronę wieńca i czytam: …Codziennie budzę się piękniejsza, ale dzisiaj to już przesadziłam…  

Wiem. Nie jestem coraz piękniejsza, ale pomarzyć można. Szczególnie w  WHITE  DREAM. A co ja lubię w tym pokoju? Kominkowy piec. Bajkowy, jak mówi o nim Przytulanka. Niby nie pasujący do moich bardzo nowoczesnych mebli . Jest jakby z innej bajki, ale o dziwo każdy pytany przeze mnie gość odpowiada, że nie wyobraża sobie tutaj innego.  Spróbowali by skrytykować!

 

A czym był  WHITE  DREAM? Garażem!


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

WHITE DREAM

niedziela, 27 lipca 2014 18:14

Wiem, że lubicie moje zagadki. Tym razem będzie to zagadka przedstawiona przez Przytulankę. Troszkę jej pomogłam, bo maleństwo nie ma jeszcze wprawy w opowiadaniu zagadkowych historyjek.

…kochanie, wiesz co to jest WHITE  DREAM?..  zapytałam.

…white to kolor. Biały… odrzekła wnusia po chwili zastanowienia.

…świetnie. A dream?..

Chwilkę milczała. Zmarszczyła nosek, dwa razy okręciła się na palcach i ze smutkiem stwierdziła, że zapomniała.

…pamiętam, że kiedyś mi to powiedziałaś, ale zapomniałam…

…dream znaczy marzenie…

Przytulanka pokiwała główką, że już pamięta.

…a gdy mówię WHITE  DREAM  to co widzisz?..

…duży biały krzak na którym siedzą kolorowe ptaki… odparła wnusia z uśmiechem.

…a jak duży jest ten krzak?.. 

…większy ode mnie. I ma dużo gałązek. I bardzo go lubię, bo mogę pogłaskać ptaszki po piórkach. A one nie uciekają …

…świetnie. A o czym byś jeszcze chciała opowiedzieć? Z czym jeszcze kojarzy ci się ta nazwa?..

…z dużym białym wieńcem, na którym wiszą białe serca…

…podoba ci się ten wieniec?..

Przytulanka kiwnęła potakująco główką i roześmiała się.

…przecież wszystkim się podoba. Widziałam jak niektórzy czytają to co jest na serduszkach…

Uśmiechnęłam się. Jest co czytać.

…i to wszystko? Tylko dwie rzeczy? A co z resztą?..

Przytulanka popatrzyła na mnie i westchnęła:

…ale ty mnie dzisiaj męczysz. No dobrze. Jest też coś białego i puchatego do czego lubię przytulać policzek. I coś co wcale nie ma koloru, ale lubię na tym siedzieć, bo mogę machać nóżkami...  

…wiem, że to lubisz. A gdybym pozwoliła ci coś zabrać, to co byś ze sobą wzięła…

Przez chwilę milczała. Widocznie nie mogła się zdecydować.

…tylko jedną rzecz?..  Kiwnęłam potakująco głową.

…ok. To wzięłabym to, gdzie jest tatuś, mamusia, ty, ja, dziadzio, babcia i cała reszta…  

No i zamurowało mnie.

…jesteś pewna? Przecież to jest bardzo ciężkie. Nawet ja tego nie podniosę. W najlepszym razie mogę to tylko przesunąć…

…zadzwonię po tatusia. On sobie z tym poradzi…

 

No i małe pytanie. O czym opowiadała Przytulanka? A może ktoś wie czym jest WHITE  DREAM? Podpowiem tylko, że to sprawka aromatkowego huraganu.


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

HURAGAN

poniedziałek, 21 lipca 2014 18:59

W myśl „Słownika Języka Polskiego” huragan to:

…niezwykle gwałtowny, porywisty wiatr o średniej prędkości 120 km/godz…

Jest także huragan oklasków, śmiechu. Oraz huragan dziejów, historii, wydarzeń. A czy jest aromatkowy huragan wydarzeń? O tym słownik milczy. A ja twierdzę, że jest. Jak jest to powinnam to udowodnić. Proszę bardzo.

Godzina 13. Wchodzę do salonu meblowego. Szybkim krokiem przemierzam pomieszczenia zerkając na eksponaty. Nagle moje oczy i mózg rejestrują coś, co zatrzymuje mnie w miejscu. Sprawdzam wymiary i wiem, że to jest to. Oczami wyobraźni widzę właśnie te meble w jednym z moich nowych pokoi. Podchodzę do kasy, płacę kartą i jednocześnie ustalam termin oraz godzinę przywozu. Godzina 13,15 wychodzę.

Nie jest to 120 km na godzinę, ale trudno zakup przeliczyć na kilometry.  

  Mój huragan opanował także dom. Meble, porcelana, książki zmieniają miejsce i zastosowanie. To taki zwariowany huragan, który nie wszystkim się podoba. Starszy zaczyna się buntować.

…zanieś beniaminka na piętro… mówię do Starszego pokazując mu ponad dwumetrową roślinę. Spojrzał na mnie spod okularów, oparł się o ścianę i usłyszałam:

…zapomnij…  

…słucham?!.. 

…zapomnij. To zielsko było już we wszystkich możliwych pomieszczeniach. Może tylko w kuchni nie zagrzało miejsca. No i chyba w łazience na parterze, bo tam nie ma okna…

…ale to już ostatni raz. Przyrzekam… próbuję go ugłaskać.

…ostatni raz to było dwa razy temu…

Ale mam upartego syna. Jak nie to nie . Łaski bez. Chwyciłam zielonego olbrzyma i pognałam z nim na piętro. Ciężki jak sto nieszczęść. Przy okazji zahaczyłam o nowy kinkiet i zarysowałam świeżo odnowioną ścianę. Ale już jest dobrze. Kinkiet się trzyma, a rysę pomalowałam. Na szczęście zostawiłam w słoiku trochę farby. Za to fikus beniaminek obraził się na mnie śmiertelnie i zaczął zrzucać liście. A to wredziarz jeden. Za moje dobre serce, za to że próbuję go odpowiednio wyeksponować on mi robi takie świństwo?! Jak się nie opamięta, to będzie sterczał jako wysuszony badyl!  

…a co z tym stołem?..  spytał Starszy wskazując na wysunięty mebel.

…odkręcisz nogi. A potem blat  i całą resztę zataszczymy na parter…

 …i po co się pytałem… mruknął.

 …słyszałam… 

…i bardzo dobrze. Powiedz mi skąd się biorą takie zwariowane kobiety. Od tego przenoszenia, przemieszczania i przesuwania nasze meble powinny się już dawno rozlecieć. To cud, że jeszcze się jakoś trzymają…   

…po pierwsze – nie jestem zwariowana tylko mam niespokojną duszę. Za to ty jesteś nudny. Gdyby to od ciebie zależało to każda szafa, każdy stół i każdy fotel stałby w tym samym miejscu od chwili zakupu aż do jego naturalnego unicestwienia. Nawet korniki znałyby do nich ścieżkę na pamięć. Dom musi żyć, pokoje muszą się zmieniać. Od kolorów po meble i dodatki. Czasami małym kosztem można sprawić, że mamy nowe pomieszczenie. Czy to nie miłe uczucie?..

Starszy wzruszył ramionami.

…rób co chcesz, ale mój pokój zostawisz w spokoju. Jest już gruntownie odnowiony i nie chcę tam żadnych zmian…  

…ok. Twój będę omijała szerokim łukiem. Ale zobaczymy… dodałam cicho.

…mówiłaś coś?..  

…ja? Ależ skąd. Nic nie mówiłam…


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

MAJOWE UCZUCIA

środa, 21 maja 2014 21:18

Zimową porą napisałam, że zakocham się wiosną. Dotrzymuję słowa. Uroczyście oświadczam, że w maju się zakochałam. A obiektem moich uczuć jest Kazimierz. Nie, nie kot Kazik, który w grudniu powędrował do nowego domu razem z parterowcami.

Kazimierz jest uroczy, niezwykły, romantyczny. Ale i pełen fantazji. Kilka dni temu zafundował mi tyle niezwykłych wrażeń, że wręcz oniemiałam z zachwytu. Przyznaję, że nie widziałam go kilkadziesiąt lat. Lecz stara miłość nie rdzewieje i znów rozkwitła na nowo. Tak to jest, gdy coś w nas drzemie a przypadek sprawia, iż uczucie wraca silniejsze i piękniejsze.

I na tym mogłabym zakończyć, ale zdaję sobie sprawę, że gromy rzucane na moją głowę byłyby większe niż wiosenna burza z piorunami. Dlatego jest ciąg dalszy. Opowiem pewną historię, która wydarzyła się kilka dni temu.

Jako rekonwalescentka byłam okropnie chimeryczna. Moje nastroje zmieniały się w tempie zatrważającym. Sama ze sobą nie potrafiłam wytrzymać. Znów mnie „nosiło”. Tym razem nie chodziło o wietrzenie głowy, ale o spojrzenie na samą siebie. A konkretnie, czy wróciłam do pełni sił fizycznych i psychicznych. O sprawdzenie czy inni potrafią ze mną wytrzymać. Nie rodzina, przyjaciele, znajomi. Oni bez problemu wszystko wybaczają i akceptują mnie taką jaka jestem. Ale co z resztą świata?

Starszy przelał na moje konto jakąś kwotę, więc wyruszyłam sprawdzając swoje możliwości psychofizyczne. Media straszyły opadami, powodziami i innymi kataklizmami, ale ja się zawzięłam. Tylko żaby lecące z nieba mogłyby mnie przekonać do pozostania w domu. Żab nie było. Dlatego spakowałam torbę, kijki i ruszyłam w drogę.

I tutaj pojawia się Kazimierz. Dolny. Bez kosmatych myśli.  Całą drogę albo padało, albo siąpiło. A Kazimierz powitał mnie słońcem, temperaturą ponad dwadzieścia stopni C i wspaniałymi przepięknie odrestaurowanymi zabytkami. Chodziłam cichymi uliczkami aż dotarłam do rynku. Nie będę pokazywała zdjęć, bo na moim blogu ich nie ma. Nie opiszę zabytków, bo tego nie robię.

Doszłam do studni. Jakieś trzy metry od niej była duża głęboka kałuża. Kilkadziesiąt osób stało obok studni robiąc zdjęcia i rozmawiając. W pobliżu biegał czarny pies. Spojrzałam na niego, bo był bez kagańca. A on jakby wyczuł we mnie przyjazną duszę podbiegł, stanął i spojrzał mi prosto w oczy. Zawsze miałam świetne relacje ze zwierzętami. Psy i koty były moimi towarzyszami zabaw. Taki los jedynaczek. Gdy było mi smutno zabierałam białego szpica – Perłę oraz czarnego podpalanego mieszańca - Muchę i biegłam na skraj miasteczka. Miedza prowadziła mnie na małe wzgórze. Siadałam na trawie, a psy kładły się u moich stóp. Tam byłam szczęśliwa.

 Przykucnęłam i zapytałam czarnego sierściucha czego potrzebuje. Chwilę stał nieruchomo, a potem skierował wzrok pod moje nogi. Spojrzałam na kocie łby. Przede mną leżał biały kamyk wielkości dwuzłotówki. Podniosłam kamyk i zapytałam:

…i co mam z nim zrobić?..

Ludzie umilkli i prawie wszyscy patrzyli w naszą stronę. A pies odwrócił łepetynę i spojrzał na kałużę.

…mam kamyk wrzucić do kałuży?.. zapytałam psa.

Co niektóre osoby zaczęły się cicho śmiać. Chyba myśleli, że jakaś „nawiedzona” (delikatnie mówiąc).  Nie zwracałam na nich uwagi.

…dobrze… powiedziałam i rzuciłam kamyk.

Pies ruszył w stronę wody. Wskoczył do kałuży i chwilkę stał nieruchomo. Potem przednimi łapami zaczął deptać miejsce przy miejscu. Po niecałej minucie zanurkował łbem i wyskoczył z kamykiem w zębach. Podbiegł do mnie , położył kamyk koło moich nóg i odsunął się. Ludzie zaczęli bić brawo. A ja podeszłam do mojego czarnego przyjaciela i pogłaskałam go po mokrej łepetynie. W jego oczach widziałam wesołe iskierki a ogonem oznajmiał całemu światu, że jest bardzo zadowolony. Natomiast widzowie podzielili się na grupy. Jedni krytykowali mnie, że jestem nieodpowiedzialna. Bo pies mógł mnie ugryźć. Inni chwalili moją umiejętność porozumiewania się ze zwierzakiem. Jeszcze inni milczeli nie mając zapewne wyrobionego zdania na nasz temat(czyli na mój i psa).

Jak widać świat różnie o mnie myśli. Jedni się dziwią, inni akceptują. A jeszcze inni przechodzą obojętnie.

 

Czy to koniec? Ależ skąd! Oprócz Kazimierza był jeszcze Sandomierz, Nałęczów i kilka innych niezwykle ciekawych miejscowości. I sporo przygód, które przyklejają się do mnie jak rzepy do psiego ogona.

Dlatego znów zniknęłam na chwilkę z blogowiska.  Bo czasami mnie nosi i wtedy muszę  spakować torbę, wytyczyć trasę i ruszyć przed siebie. Ale już wróciłam i mam nadzieję, że zostanę dłużej.

  

 

 


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

PACHNĄ BZY

piątek, 09 maja 2014 0:49

 W ogrodzie pachną bzy i świeżo skoszony trawnik. Kilka dni temu Przytulanka pomagała mi na tarasie przesadzać kwiaty. Śmiałam się, że powinna częściej przyjeżdżać i więcej mi pomagać. Na to moja mądralińska spojrzała na mnie swoimi ogromnymi oczętami i po chwili namysłu odpowiedziała:

… wiesz babciu, że ja wiem po co się urodziłam…

… tak? To zdradź mi tą wielką tajemnicę…

… żeby tobie pomagać. Zawsze…

A wczoraj gdy wychodziłam z ich domu i żegnałam się z wnusią moje maleństwo objęło mnie z całych sił i mocno całując wyszeptało mi do ucha:

… babciu, nie zostawiaj mnie…

… kochanie, muszę wrócić do swojego domu. Niedługo znów się spotkamy…

Przytulanka odsunęła się ode mnie. Zobaczyłam łzy.

… skarbie, co się dzieje? Przecież za kilka dni przyjedziesz do mnie. Pójdziemy na lody do naszej ulubionej kawiarenki. Namalujemy następny obraz i poprzycinamy krzewy w ogrodzie. Mamy tyle rzeczy do zrobienia…

… nic nie rozumiesz. Proszę, nie umieraj. Proszę. Obiecaj mi, że nie umrzesz. Obiecaj…

Niech to… I co odpowiedzieć sześciolatce? Przyrzec, że nie umrę? Nie jestem nieśmiertelna. A okłamywać nie będę.

… zróbmy tak. Obiecuję, że dołożę wszelkich starań żeby żyć jak najdłużej. Może być?..

Bez większego przekonania kiwnęła główką, że się zgadza. Gdy wsiadałam do samochodu usłyszałam:

… nie zapomnij połknąć tabletki…

Ten strach to chyba efekt mojej długiej choroby. Nie widziałyśmy się ponad trzy miesiące. Ja tęskniłam za nią, a ona za mną. Teraz próbujemy ten stracony czas nadrobić.  Ale to nie takie proste. Ja jeszcze nie doszłam do pełnej sprawności. Siły wracają, ale zbyt powoli. A może to starość? Do codziennych ćwiczeń dołożyłam sobie jeszcze nordic walking. Dwa, trzy razy w tygodniu przemierzam okoliczne uliczki, docieram do parku i okrążam go. To ponad godzinne ćwiczenie, ale nie da się tego robić w domu. Więc chodzę z obstawą. Wiadomo, cykor ze mnie i nic na to nie poradzę.

 Natomiast lista spraw do załatwienia wciąż się wydłuża. Dotychczas byłam dumna z tego, że potrafiłam się doskonale zorganizować. A teraz czas przecieka mi przez palce. Czasami jestem zła sama na siebie, bo nie potrafię odmówić gdy ktoś prosi o pomoc. Ktoś inny potrzebuje teksty w gwarze śląskiej. To znów dwa, trzy dni wyrwane z codziennego rytmu. Raz w tygodniu zjawia się Przytulanka. I to na cały dzień. Uwielbiam z nią przebywać, ale gdy wyjeżdża czuję się jak przekłuty balon. Przyjaciółka dzwoni, że chce pogadać, więc piekę ciasto(lub gdy czasu mało kupuję gotowe) i sunę do niej. Wysłucham, doradzę, podpowiem. A sterta zaległości rośnie. Nie, nie narzekam. Przecież mogę odmówić, ale nie chcę. To po prostu moje życie. Takie wybrałam i takie akceptuję.

 Bzy w ogrodzie nadal pachną. A w sobotę usłyszę …kocham cię babciu … I czego chcieć więcej?

 


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

POWROTY SĄ PRZYJEMNE

wtorek, 29 kwietnia 2014 15:07

Wróciłam do świata żywych, a mój Anioł Stróż zapewne pisze do Stwórcy rozpaczliwą prośbę o przejście na wcześniejszą i zasłużoną emeryturę lub zmianę podopiecznej. Ostatnio powiedział mi na ucho, że woli strzec kilku komandosów w super niebezpiecznej akcji niż zajmować się tak zwariowaną i nieodpowiedzialną osobą (i to mnie miał na myśli). Zresztą cała rodzina i przyjaciele też mi nieźle nagadali. Wiem, że narozrabiałam i te wszystkie wyrzuty były wyrazem troski o mnie. Zrobiłam rachunek sumienia i postanowiłam być bardziej odpowiedzialna za swoje zdrowie. Tylko czy w moim wieku można się jeszcze zmienić?  Może tak, ale mam wątpliwości. Jednak na dzień dzisiejszy przyrzekam, że się postaram.

Gdy temperatura mojego ciała przekraczała 39 stopni a ja odpływałam w niebyt – czułam zapach lipy i malin. A na czole zimną dłoń. To był powrót do dzieciństwa. Wtedy w czasie choroby babcia Wiktoria parzyła mi herbatki, kładła zimne kompresy na rozpalone czoło i opowiadała bajki. Byłam jej jedyną ukochaną wnusią, którą bardzo rozpieszczała. A teraz ja rozpieszczam swoją.  Taka kolej rzeczy.

Ale wracam do teraźniejszości. Będąc zawieszoną między snem a rzeczywistością próbowałam sobie wyobrazić mojego Anioła Stróża. I nie mogłam się zdecydować. Może wygląda jak Kevin Costner w filmie „Bodyguard”? Raczej nie. A i mnie daleko do Whitney Houston. Lecz przyjemnie mieć kogoś, kto w razie niebezpieczeństwa zasłoni własnym ciałem.  A Brad Pitt? W „Troi” jako Achilles był niczego sobie. Tylko zbyt brutalny. Odpada. Anioł powinien być opiekuńczy, delikatny, inteligentny, przewidujący niecne zamiary swojej podopiecznej i w porę ingerować. To może któryś z Jamesów Bondów? Nad tą wersją myślałam najdłużej, ale wykreśliłam wszystkich. Nie nadawali się. I wtedy coś mi zaświtało. Jeżeli można tak powiedzieć mając ponad 39 stopni i tracąc przytomność. To William Levy. Widziałam go w jakimś serialu argentyńskim czy wenezuelskim. Już nie pamiętam, ale przypomniałam sobie tytuł serialu – „Nie igraj z aniołem”. Gdyby dołożyć mu skrzydła byłby idealnym kandydatem na anioła. Ale, ale. Przecież to blondyn o jasnych oczach! Wykreślam. Tak z zasady, bo uważam że blondyni aniołami nie są. No i nadal nie mam kandydata na mojego opiekuna.

Pogmatwałam wszystko. Opiekun jest, gdyż każdy od chwili narodzenia aż do śmierci ma kogoś przy sobie. A mój chociaż bardzo zmęczony trwa przy mnie mimo że nadal nie wiem jak wygląda. Lecz czy wygląd jest ważny? Najważniejsze, że chroni i ratuje z opresji. Czasami żal mi go, bo nawet będąc aniołem trudno mieć cierpliwość do tak niesfornej istoty. A co z rodziną i przyjaciółmi? Za wytrwałość, cierpliwość i bezinteresowną pomoc – piątka z plusem. Lub szóstka w dzisiejszej szkolnej ocenie. Byli wspaniali. Nie musiałam o nic prosić. Telefony typu:

…idę do sklepu. Co potrzebujesz? …  były normalną sprawą.

I jeszcze jedno. Moim blogowym znajomym i przyjaciołom dziękuję za troskę. Wasze maile i telefony sprawiły mi wielką przyjemność. Mimo przeróżnym zawirowaniom mogę się nazwać szczęściarą.

 Wypróbowałam także prawdę o powiedzeniu, że dobroć okazywana innym wraca z podwójną siłą. Daję słowo, że działa w stu procentach.

To tyle wyjaśnień. Przypuszczalnie wrócę na blogowisko za tydzień, gdyż gonią mnie terminy i pewne zobowiązania z którymi muszę się zmierzyć. Ale lubię wyzwania. Nawet te bardzo trudne.      


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

TO CO NAJWAŻNIEJSZE

wtorek, 31 grudnia 2013 21:24

Głowa solidnie wywietrzona, a problemy staram się sukcesywnie rozwiązywać. To sprawy poważne i drobnostki. I właśnie z tego składa się moje życie. Każdy rok jest jak naszyjnik. Posiada trzysta sześćdziesiąt pięć elementów (w porywach o jeden więcej) z których każdy jest inny. Bo każdy dzień jest inny, każda godzina, minuta i sekunda. Tak jak nie ma identycznych płatków śniegu tak nie ma tych samych dni. Oczywista prawda, ale czasami mnie to zadziwia. Rano patrząc na siebie w lustrze zastanawiam się, co mnie dzisiaj czeka. Z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Czy będzie miło lub okropnie. Okropnych dni mam już dosyć, więc czas na zmiany. Zmiany bolesne, ale potrzebne. To jak usunięcie chorego zęba bez znieczulenia. 

To ostatni dzień tego roku. I bardzo dobrze, bo do przyjemnych nie należał. Gdy się skończy mam szansę na coś lepszego. Przynajmniej tego sobie życzę. Lepszego roku. I na pewno tak będzie.

A czego Wam życzyć? Oprócz dobrego zdrowia i wszelkiej pomyślności życzę Wam poczucia pewności, że cokolwiek zrobicie - zrobicie dobrze. I o czymkolwiek zadecydujecie będzie to właściwa decyzja. Oby za rok każdy z nas mógł powiedzieć, że to był wspaniały i niezapomniany czas. Niech te trzysta sześćdziesiąt pięć dni przysporzy Wam mnóstwo radości i wywoła uśmiech na Waszych twarzach. Za to o północy wzniosę toast - za Was i za mnie. Niech się spełni.


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

WIETRZĘ GŁOWĘ

piątek, 13 grudnia 2013 21:43

 

Znów dzieje się za dużo. Stanowczo za dużo. Zadzwoniłam do przyjaciółki, że u mnie nieciekawie. Że mam serdecznie dosyć i do duszy z takim życiem pełnym problemów. W słuchawce usłyszałam westchnienie i tylko dwa zdania:

...każdy dostaje tyle ile zdoła unieść. A ty masz w sobie tyle siły, że bez trudu sobie z wszystkim poradzisz... I koniec rozmowy. Szkoda, że nie dodała ...radź sobie sama...

A tutaj znów sajgon. Synowa chora, Przytulanka chora, Młodszy gdzieś w świecie ratuje dobre imię polskiej nauki. Zmarła moja dziewięćdziesięcioletnia ulubienica pani Helenka, która zawsze potrafiła postawić mi właściwe pytania. Mój dom przypomina plac budowy, a święta tuż tuż. Jest tylko jedna rada. Muszę przewietrzyć głowę. Zmienić otoczenie i nabrać do wszystkich spraw odpowiedniego dystansu.

Rano weszłam na swój blog i czytam horoskop: ...dzisiaj poczujesz żądze zdobywania i odkrywania. Wielki apetyt na przygody być może skończy się odwiedzeniem biura turystycznego i pobraniem katalogów z podróżniczymi ofertami. Jeśli nawet od razu nie wybierzesz się w podróż, to przynajmniej sobie pomarzysz...

Mie marzę. Gdy będziecie czytać ten post ja już będę w drodze do Drezna. Od dawna chciałam zwiedzić Muzeum Porcelany i pójść na jarmark przedświąteczny. Podobno na Neumarkt coś takiego będzie. W niedzielę wrócę z głową pełną pomysłów. Oby to były dobre pomysły.


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

POEZJA NIE W MODZIE

piątek, 06 grudnia 2013 5:20

Podobno poezja nie jest w modzie. Może i nie, ale dla wrażliwych, myślących sercem i z młodą duszą poezja zawsze jest trendy. Przynajmniej ja tak myślę. Gdy trafię na coś wyjątkowego, to potrafię się wzruszyć. A czasami łezka popłynie mi z oczu. Może mam oczy w mokrym miejscu i dlatego ta łza?

Ale miało być romantycznie a ja tu o łzach piszę. Lecz może łzy są częścią romantyzmu, bo można płakać ze złości, bólu czy rozpaczy. Ale również z radości, szczęścia lub miłości. Takiej głupiej szczeniackiej miłości, lub dojrzałej, przemyślanej i cichej. Wiem, już kombinujecie. Na pewno się zakochała.

Ja? I to zimą? Nie. Poczekam do wiosny. Wtedy… zobaczymy. Bo wiosną wszystko jest możliwe. No to do wiosny. A dzisiaj będzie o książce leżącej na moim nocnym stoliku. O książce po którą sięgam w bezsenną noc. I nie po to, żeby z nudów szybko zasnąć. Ale po to, żeby wrócić pamięcią do minionych lat. Czytam i zastanawiam się ile osób może przypisać sobie te wzięte z życia historie. Myślę, że każdy. Bo każdy albo kochał, albo kocha, albo szuka tej miłości. Takiej prawdziwej. Na całe życie. Ta książka jest zbiorem dialogów kobiet i mężczyzn zakochanych w sobie. Lub przypominającymi sobie jakim uczuciem kiedyś się darzyli. Jakie błędy popełnili, jakich słów nie zdążyli powiedzieć. Lub nie chcieli ich powiedzieć. No właśnie. Otwierając niektóre strony czytam o swoim życiu. Czy to nie ekscytujące czytać o swoim życiu uczuciowym? Ktoś obcy trafia w samo sedno problemów, które mnie dręczyły i dręczą. A ja za żadne skarby świata nie przyznałabym się do tego nigdy i nikomu.

I znów się zaplątałam w słowa. A słowa mają ogromną moc. Mogą zniszczyć, wskrzesić, rozbudzić nadzieję lub ciekawość. Dlatego wracam do książki. A właściwie do jej kształtu. Składa się z dwóch części o falistym przecięciu. Gdy te dwie części się połączy powstanie kwadrat . Ale każda z części żyje swoim własnym życiem. Można kupić książkę i połowę podarować swojej drugiej połówce lub najlepszej przyjaciółce. Ja kupiłam dwa egzemplarze i jeden podarowałam Trąbie Powietrznej. Ona jedną połówkę zostawiła sobie, a  drugą ofiarowała swojej siostrze. Każda książka jest niepowtarzalna, gdyż nie ma dwóch identycznych egzemplarzy. Dziwne? Ja myślę! Przecież nie napisałabym Wam o normalnej książce. Wszystkie egzemplarze własnoręcznie składali przyjaciele Justysi. Czyli Justyny Kędzi. A książka nosi tytuł „Oni”. Zdobyła (czyli książka) nagrodę internautów oraz jury w konkursie NA  NAJLEPSZĄ  KSIĄŻKĘ  NA  WIOSNĘ 2013 w kategorii POEZJA. Co jeszcze? Może tylko to, że niespełna dziesięciominutowy filmik z wieczoru autorskiego jest na YOU TUBE. Ale spotkanie trwało ponad dwie godziny. Wystarczy wpisać:    Justyna Kędzia-Wieczór autorski ”Oni”. I ciekawostka. Wiersze Justysi czytali Anna Dymna i Krzysiu Respondek. A i ja tam byłam, więc może ktoś mnie znajdzie? Żeby było jasne – byłam na widowni. Na zakończenie wiersz Justysi, który być może wiosną komuś przeczytam. Jak to wczoraj powiedziała mi moja przyjaciółka?

… ostatnio u ciebie jest wysyp facetów…

Wysyp kojarzy mi się ze zbiorem truskawek. Chyba coś się jej pomieszało.

       KOCHANY

        Nie każ mi

        ciągle tęsknić

        Nie każ mi

        nadal wierzyć

       Nie każ mi

       czekać na cud

       ani nanosekundę dłużej

       Zasiane ziarno zaczyna

       kiełkować 

 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  110 823  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Piszę o swoim życiu , o zmaganiu się z codziennością i o radościach . Dzielę się wspomnieniami śmiesznymi lub smutnymi .

Statystyki

Odwiedziny: 110823

Lubię to

Horoskop